Dona Aireya fascynacje Kosmosem

Parę miesięcy temu, gdy błąkałem się pomiędzy regałami pełnymi płyt kompaktowych w pewnym wielkim supermarkecie w Gdańsku, moją uwagę przykuła jedna okładka płyty. Nie była zbyt wyszukana ani oryginalna. Nie zawierała też nazwy wykonawcy, która powodowałaby żywsze bicie serca. A jednak zaintrygowała! Zaintrygowała zdjęciem, szczerze powiedziawszy, mało spektakularnym, jak na dzisiejsze czasy raczej amatorskim, przedstawiajacym galaktykę Wieloryb (NGC 4631). Gorączkowo próbowałem przypomnieć sobie, czymże ta galaktyka mogła sobie zasłużyć na takie wyróżnienie? Jako że tytuł płyty to „A Light In The Sky”, pomyślałem sobie, że najjaśniejszy punkt widoczny na tle galaktyki musi być zaobserwowaną w tej galaktyce supernową, co wyjaśniałoby logicznie całą sprawę.

Don Airey - A Light In The Sky Don Airey — A Light In The Sky

Po powrocie do domu nie omieszkałem zajrzeć do zasobów internetowych, czy moje podejrzenia były słuszne. Niestety, wyczytane w Wikipedii zdanie, iż do tej pory w NGC 4631 nie zaobserwowano żadnej supernowej, po zweryfikowaniu w innych źródłach, odebrało mi nadzieję na szybkie wyjasnienie zagadki, czyniąc ją jeszcze bardziej interesującą (płyty jeszcze nie nabyłem, a w sklepie nie było możliwości zajrzenia do wkładki).

Jako że tytuły utworów na płycie brzmiały dość interesująco z punktu widzenia miłośnika astronomii, a rewers okładki sugerował w osobie autora nagrań klawiszowca (syntezatorzystę?), nie omieszkałem sprawdzić, kim jest ów muzyk, bo szczerze się przyznaję, jego nazwisko nic mi wcześniej nie mówiło. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, iż mam tu do czynienia nie z byle kim, bo z wykonawcą związanym swego czasu z dobrze znanymi mi zespołami: Judas Priest, Black Sabbath, Jethro Tull, Whitesnake, Colosseum II, Rainbow. Współpracował z tak znanymi artystami, jak Gary Moore, Ozzy Osbourne, Michael Schenker, Uli Jon Roth czy Andrew Lloyd Webber. Ostatnio znany jest jako godny następca Jona Lorda w zespole Deep Purple (od 2002 roku do dziś). Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że dokonaniami tej formacji przestałem się interesować dekadę wcześniej.

Coraz bardziej intrygowała mnie płyta Dona, a dostępne w Internecie króciutkie próbki utworów tylko wzmagały to zainteresowanie… i w końcu kupiłem. Chociaż gatunek muzyki, jaki uprawia Airey, nie jest tym, co najbardziej lubię, z uznaniem słuchałem jego imponujących solówek, a brzmienia analogowego Hammonda budziły ciepłe, sentymentalne wspomnienia. Sprawność warsztatowa tego pana naprawdę budzi respekt. Gorzej, jeśli wsłuchać się w słowa piosenek zawartych na płycie. Sporo w nich latania w Kosmosie, spadających gwiazd, zderzajacych się planet i bezkresnych nocy (Shooting Star, Endless Night), ale wszystko to raczej ma wyrażać emocje związane z dramatami damsko-męskimi (Love You Too Much). Ostatnia, tytułowa piosenka to już wręcz wizja apokaliptyczna z Azraelem — aniołem zagłady w roli głównej (A Light In The Sky, Pt 2).

Na szczęście na płycie dominują utwory instrumentalne: Big Bang, Ripples In The Fabric Of Time, Andromeda M31, Rocket To The Moon, Cartwheel ESO 350-40, Sombrero M104, Into Orbit i inne (łącznie na płycie mieści się 17 kompozycji!), w których autor daje pełny muzyczny upust swoim astronomicznym fascynacjom.

Niestety, nadal nie wiem, dlaczego okładkę płyty zdobi NGC 4631, a nie jedna z tytułowych i z pewnością bardziej atrakcyjnych wizualnie mgławic, np. M31, M104 czy ESO 350-40?

(Źródło: „Urania — PA” nr 1/2010)