Ojciec Niebo, matka Ziemia

Józef Skrzek i Roksana Vikaluk

Józef Skrzek i Roksana Vikaluk.
Fot. S. Jędraszek

Koncert Józefa Skrzeka na 15-lecie Planetarium w Toruniu miałem zapisany w kalendarzu od momentu ustalenia jego daty na 8 marca 2009 r. Darmowe wejściówki rozeszły sie błyskawicznie i tylko dzięki życzliwości toruńskich przyjaciół udało mi sie zdobyć jedną (Staszku i Sławku, dzięki!). Musiałem pojechać…

Koncerty, gwoli ścisłości, były trzy. Jeden odbył się w sobotni wieczór, 7 marca, i był w zasadzie przeznaczony tylko dla zamkniętego grona. Była to swoista próba generalna przed dwoma niedzielnymi koncertami. Pierwszy, na którym miałem przyjemność być, rozpoczął się o godz. 15, drugi o 17.

Czas na pokoncertowe refleksje…

Refleksja pierwsza: niesamowita symbioza obrazu i dźwięku. Jeden bez drugiego nie jest tym, czym są razem. Niby mogą funkcjonować samodzielnie, ale dopiero w połączeniu przemawiają pełnią mocy, pełnią emocji.

Refleksja druga: Józef Skrzek naprawdę gra, a nie odtwarza wcześniej zaprogramowane sekwencje dźwięków (przeciwległy biegun do tego, co parodiował pewien znany krajowy kabaret w stosunku do pewnego znanego zagranicznego muzyka).

Refleksja trzecia: Roksana Vikaluk to wokalistka o ciekawym głosie i przede wszystkim wszechstronnych umiejętnościach. Słychać było i jazzowe, i klasyczne, i ludowe zaśpiewy, przede wszystkim jednak ujawniały się fascynacje dawnymi śpiewami sięgającymi czasów pogańskich. Ciekawe połączenie z sakralnie brzmiącymi organami Skrzeka!

Refleksja czwarta: po wspólnych koncertach Klausa Schulze i Lisy Gerard obawiałem się jakiejś formy naśladownictwa czy swego rodzaju wtórności. Nic z tego! To, co zaprezentowała ta para pod kopułą toruńskiego planetarium, jest tak oddalone od tego, co usłyszałem podczas październikowego koncertu w warszawskiej bazylice (patrz „Urania–PA 1/09”) jak Wschód od Zachodu. Swoista słowiańska odpowiedź na germańskie granie wielbiciela Wagnera i celtyckie zaśpiewy Australijki. W tym zestawieniu kryje się pewna głębsza prawda, ale to już…

Refleksja piąta i najistotniejsza: „Kosmofonia” Józefa Skrzeka ze śpiewem Roksany i wizualizacjami stworzonymi przez Stanisława Rokitę to przepiękna opowieść o tym, skąd pochodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Opowieść o Wszechświecie i tej jedynej wyjątkowej Planecie, która ze zwiazku z Niebem urodziła Życie. Opowieść o dojrzewaniu owego bytu do momentu, gdy staje się zdolne do samodzielnego aktu kreacji (tak, tak, o tym właśnie mówi utwór zagrany na bis, pokazujący Człowieka wyruszajacego w Kosmos, by w przyszłości zapłodnić życiem Marsa i inne odległe światy).

Refleksja szósta i ostatnia: nie bez kozery termin wykonania utworu przypadł na 8 marca — tradycyjnie obchodzony Dzień Kobiet. Bo, proszę Państwa, „Kosmofonia” to utwór poświęcony tej jedynej — Matce Ziemi — kobiecemu pierwiastkowi naszego kosmicznego domu…

Tysiące planet, czerwonych, niebieskich,
Tysiące planet, dalekich, milczących,
I ona jedna, jedynie zielona,
I ona jedna, jedynie mówiąca…

DVD Klausa i Lisy będzie w maju, a ja chciałbym jeszcze DVD z Józefem i Roksaną…

(Źródło: „Urania — PA” nr 3/2009)