Słowo wstępne do nr 1/2017

Od ponad miesiąca, wieczorami, gdy jest choć trochę bezchmurnego nieba, za oknem widzę jaskrawo lśniącą Gwiazdę Wieczorną — Wenus. Praktycznie widać ją dobrze tuż po zachodzie słońca, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wypatrywać jej jeszcze, zanim nasza dzienna gwiazda schowa się całkiem pod horyzont. Kilkanaście miesięcy temu, goszcząc u Stacha Jachymka w Guciowie na Roztoczu, miałem okazję widzieć ją gołym okiem w środku dnia! Niezapomniane przeżycie. W zagrodzie Stacha odbywał się właśnie nieformalny zlot meteoryciarzy (sam gospodarz ma imponującą prywatną kolekcję meteorytów, którą udostępnia zwiedzającym). Była godzina jedenasta z minutami, a jeden z uczestników, Jerzy Strzeja, intensywnie wpatrywał się w pustkę czystego błękitu nieba tuż nad dachem zagrody. — I co tam takiego ciekawego widzisz? — zapytałem. — Zobacz, o tam, nad samym szczytem dachu Wenus widać. Tu jest krystalicznie czyste powietrze. U mnie na Śląsku to wielka rzadkość, aby ją tak w dzień zobaczyć — odpowiedział. Jerzyk mieszka niedaleko Katowic i problem zanieczyszczenia atmosfery (także sztucznymi światłami) jest mu bardzo dobrze znany. Na łamach „Uranii” publikowaliśmy jego teksty i zdjęcia dotyczące tego problemu.

Ostatnio, podczas niedzielnego spaceru z żoną w święto Trzech Króli, z satysfakcją zobaczyłem, że i na warmińskim niebie też można bez żadnych przyrządów dostrzec Wenus na dziennym niebie. Akurat była dokładnie pośrodku Księżyca w pierwszej kwadrze i zbliżającej się do zachodniego horyzontu złocistej tarczy Słońca. Coś pięknego! Gdy Słońce schowało się całkiem pod horyzont, Wenus wręcz iskrzyła białym światłem, przywodząc w pamięci prześliczne zdjęcie Piotra Potępy „Królowa Nocy”. Po chwili zwróciłem uwagę na lekki łuk różowej poświaty oddzielającej błękit nieba od ciemnego obszaru tuż nad wschodnim horyzontem. To majestatycznie uwidaczniał się cień Ziemi, któremu Piotr poświęcił uwagę w swym kąciku astropejzażysty z poprzedniego numeru „Uranii”. Wszystko to udało mi się zarejestrować na zdjęciach, a gdy je umieściłem na swym fejsbukowym profilu, niestrudzony popularyzator astronomii Janusz Bańkowski przypomniał, że ten różowy pas w tradycji nosi nazwę… Pasa Wenus!

Wenus, jak wiedzą wtajemniczeni, ma ścisły związek z gwiazdą Pitagorejską, czyli pentagramem. Jedna z uczestniczek kółka astronomicznego, jakie okazjonalnie prowadzę, za pomocą programu Stellarium pokazała mi ostatnio, że co osiem lat wieczorna Wenus swymi elongacjami wschodnimi wyznacza na kole zodiaku pentagram odwrócony, ale jak połączymy odcinkami punkty elongacji zachodnich porannej Wenus, to otrzymamy pentagram prosty. Pewnie dlatego Wenus często symbolizowana jest pięcioramienną gwiazdą — pentagramem. Tak jak na flagach Turcji czy Maroka. Zaproponowałem jej, aby przygotowała o tym referat. Wszak OMSA tuż tuż…

Z ciekawości zajrzałem do Wikipedii, co tam jest napisane o genezie gwiazdy przy sierpie Księżyca w tureckim godle i, o zgrozo, przeczytałem, że wg legendy, to Gwiazda Polarna (sic!) tak jasno oświetlała wraz z Księżycem skąpane we krwi (stąd czerwony kolor tła flagi) pole bitewne na Kosowym Polu, gdzie 16 czerwca 1389 r. wojska Imperium Osmańskiego pokonały połączone siły Serbów i wojsk Zachodu. Jeśli jakieś ciało niebieskie miałoby wraz z Księżycem oświetlać pobitewną scenerię, to w rachubę wchodzi tylko Wenus lub Jowisz. Można sprawdzić, że obie te planety gościły wówczas na niebie: Jowisz wieczorem, a Wenus przed świtem. No, cóż, Wikipedia nie jest najlepszym źródłem informacji. Na szczęście jest edytowalna i zanim ten numer dotrze do Czytelników, hasło „Flaga Turcji” zostanie poprawione.

Nota bene, pięcioramienną gwiazdą uzyskaną z pentagramu znaczą się największe armie świata. Ponoć tak jest dlatego, że starożytny, dalekowschodni odpowiednik bogini Wenus — Isztar — była boginią miłości i… wojny!

Jacek Drążkowski
w Lidzbarku Warmińskim, 20 stycznia 2017 r.

Zobacz spis treści numeru 1/2017