URANIA — Postępy Astronomii o n l i n e
archiwum Uranii
Urania - Archiwum on-line Urania 5/1984
 Rocznik 1984:
 Linki sponsorowane:

Sławne komety

Stanisław R. Brzostkiewicz — Dąbrowa Górnicza

W przeszłości na ziemskim niebie gościło wiele ciekawych komet. Jedne z nich bez większego rozgłosu przemknęły przez firmament, inne z różnych powodów stały się głośne i trwale wpisały się do dziejów astronomii. Największą sławą cieszą się dwie komety: Halleya i Enckego. Pierwsza z nich już ponad dwa tysiące lat „straszy” ludzkość, druga została wprawdzie odkryta dopiero pod koniec XVIII stulecia, ale za to jest najczęściej obserwowana. Po prostu ze wszystkich znanych komet okresowych ma najkrótszy czas obiegu wokół Słońca.

Poza kometą Halleya i kometą Enckego na uwagę zasługuje wiele innych komet. Ich przegląd rozpoczniemy od bardzo jasnej komety, którą 14 listopada 1680 roku odkrył astronom niemiecki Gottfried Kirch (1639–1710), a którą obserwowano aż do marca 1681 roku. Na podstawie tych obserwacji (Fryderyk Wilhelm Bessel (1784–1846), przez wiele lat działający w Królewcu astronom i matematyk niemiecki, obliczył jej orbitę. Z obliczeń tych wynika, iż przez punkt przysłoneczny kometa przeszła 17 grudnia 1680 roku i że była wówczas oddaloną od powierzchni Słońca zaledwie o około 240 tysięcy kilometrów. Punkt odsłoneczny orbity leży w odległości około 850 jednostek astronomicznych (127 miliardów km), toteż na dokonanie jednego obiegu potrzebuje ona około 8800 lat. Z uwagi na dużą jasność i wyjątkowo długi warkocz kometa ta napędziła niewymownego strachu mieszkańcom Europy. Świadczy o tym choćby niewielka broszurka Stanisława Niewieskiego (?–1699), profesora i rektora Akademii Zamojskiej, autora licznych kalendarzy i prognostyków. Wydana przez niego w roku 1681 praca zawiera wprawdzie poprawne dane obserwacyjne, ale głównie przepełniona jest najbardziej fantastycznymi przestrogami astrologicznymi.

Bez takich emocji śledzono kometę Sarabata z roku 1729, chociaż jest ona zaliczana do największych komet, jakie do tej pory obserwowano. Była ona dobrze widoczna gołym okiem, lecz nie miała zbyt okazałego wyglądu i na podstawie opisu niektórych obserwatorów można ją nawet uważać za skromny obiekt. Trzeba jednak uwzględnić fakt, że kometa Sarabata zbliżyła się do Słońca tylko na odległość 4 jednostek astronomicznych (około 600 milionów km). W tej zaś odległości kometa Halleya świeciłaby aż 10 tysięcy razy słabiej i byłaby bardzo skromnym obiektem. Jeżeli więc kometę Sarabata mimo tak niekorzystnych warunków obserwowano gołym okiem, musiała być bardzo duża. Gdyby bardziej zbliżyła się do Słońca, to zapewne miałaby okazały wygląd.

Do takich właśnie obiektów można zaliczyć kometę odkrytą 19 grudnia 1743 roku przez Klinkenberga w Haarlemie. Parę tygodni później była tak jasna, że widać ją było nie tylko w nocy, ale i podczas dnia. W końcu lutego 1744 roku kometa miała największą jasność, wielką głowę i podwójny długi warkocz. Wkrótce jednak pogoda się posuła, a potem kometa skryła się za Słońcem (przez peryhelium przeszła l marca) ukazując się po przeciwnej jego stronie dopiero 8 marca nad ranem. Obserwatorzy nie chcieli wtedy wierzyć własnym oczom, bo kometa miała teraz aż pięć warkoczy, każdy z nich miał ostro zarysowany brzeg i składał się z trzech pasów. Rysunki wykonane przez astronoma niemieckiego Gottfrieda Heinsiusa (1709–1769) pokazują, że w każdym przypadku najciemniejszy i najszerszy był pas środkowy. Brzeg warkocza świecił tak jasno, jak najjaśniejsze fragmenty Drogi Mlecznej. Był to więc zaiste niezwykły, nigdy dotąd nie obserwowany widok. Wspaniały warkocz komety, której głowa w tym czasie znajdowała się już pod horyzontem, miała postać przepysznego wachlarza (rys. 1). To niezwykłe zjawisko trwało jednak bardzo krótko, gdyż — jak podają naoczni świadkowie — jedynie dwa dni.

Rys. 1

Rys. 1 Kometa Klinkenberga z 1744 roku.

W roku 1770 astronom francuski Charles Messier (1730–1817) odkrył bardzo interesującą kometę. Jej orbitę obliczył fiński astronom Anders J. Lexell (1740–1786) i dlatego nosi jego nazwisko. Słynie ona z tego, że w ciągu krótkiego czasu dwukrotnie zmieniała swą orbitę pod wpływem przyciągania Jowisza. Przed rokiem 1767 okres jej obiegu wynosił 11,4 roku i wówczas zbliżała się do Słońca na odległość 3 jednostek astronomicznych (około 450 milionów km). Mogła się wtedy zbliżać do Ziemi najwyżej na odległość 2 jednostek astronomicznych, a ponieważ nie jest to wielka kometa, przez ziemskich obserwatorów nie mogła być dostrzeżona. Sytuacja radykalnie zmieniła się w roku 1767, kiedy to kometa Lexella znalazła się w pobliżu Jowisza i pod wpływem grawitacji tej olbrzymiej planety czas obiegu komety został skrócony o połowę (do 5,6 roku), odległość zaś punktu przysłonecznego zmniejszona do 0,67 jednostki astronomicznej (około 100 milionów km). Znajdował się on więc teraz wewnątrz orbity ziemskiej i w roku 1770 kometa mogła przejść bardzo blisko naszego globu.

Lecz już w roku 1779 znalazła się ona ponownie blisko Jowisza, który tym razem wydłużył jej okres obiegu do 16 lat, przesuwając peryhelium orbity na odległość 3,3 jednostki astronomicznej (około 500 milionów km). A zatem warunki obserwacji komety Lexella stały się dużo gorsze niż przed rokiem 1770 i nigdy więcej nie była już ona obserwowana. Niektórzy wysuwają sugestię, że być może znowu została przerzucona na inną orbitę. Ale hipotezy tej dotąd nie potwierdzono i nie wiadomo nawet, czy kometa ta w ogóle jeszcze istnieje.

Dwa lata po obserwacji komety Lexella astronom francuski Montagne z Limoges odkrył słabą kometę. Nikt wówczas nie przypuszczał, że ten niepozorny obiekt w przyszłości uzyska duży rozgłos. W roku 1805 została odkryta na nowo, lecz i tym razem obserwowano ją bardzo krótko, toteż wtedy nikt nawet nie próbował obliczyć jej orbity. Uczynił to dopiero w roku 1820 astronom czeski Józef Morstad (1797–1869), przewidując powrót komety na rok 1826, o czym powiadomił swego przyjaciela Wilhelma Bielę (1782–1856) i prosił go o dokonywanie poszukiwań. Ten rzeczywiście znalazł kometę na niebie 26 lutego 1826 roku i zapowiedział kolejny jej powrót do Słońca na rok 1832, co w zupełności się sprawdziło. Kometa Bieli w roku 1846 niemal na oczach astronomów rozpadła się na dwie części, ostatni zaś raz obserwowano ją 28 września 1852 roku. Nikt więcej jej już nie widział, za to wieczorem 27 listopada 1872 roku obserwowano obfity deszcz meteorów. Rój ten związany był z kometą Bieli.

Rys. 2

Rys. 2 Kometa Flaugergeusa z 1811 roku zwana „kometą Napoleona”.

Interesującą kometę odkrył 26 marca 1811 roku astronom francuski Honore Flaugergeus (1755–1830). Była ona widoczna w ciągu 510 dni, co do tej pory nie było spotykane i długo uchodziło za rekord obserwacyjny. Został on pobity dopiero po zastosowaniu w badaniach astronomicznych fotografii, które są wykonywane za pomocą dużych teleskopów, dzięki czemu kometę można dostrzec na długo przed zbliżeniem się do Słońca i śledzić ją długo po oddaleniu się od niego. W chwili odkrycia kometa Flaugergeusa była już wprawdzie widoczna gołym okiem, ale nie miała jeszcze charakterystycznego warkocza. Przez punkt przysłoneczny przeszła 12 września 1811 roku, po czym zaczęła się wolno zbliżać do Ziemi i 15 października była od niej oddalona tylko o około 40 milionów km (0,27 jednostki astronomicznej). Miała wówczas dużą głowę, jasno świecące jądro i imponująco wyglądający warkocz (rys. 2). Na podstawie jej znacznego blasku F. W. Bessel wywnioskował, że będzie można ją oglądać jeszcze w następnym roku. Tak też istotnie było, a po raz ostatni obserwował ją 17 sierpnia 1812 roku Wincenty Wiśniewski (1781–1855), astronom rosyjski polskiego pochodzenia. Była wtedy oddalona od Ziemi o około 97 milionów km i miała już wygląd mglistej plamki.

W literaturze kometa Flaugergeusa zwana jest często „kometą Napoleona”. Pojawiła się bowiem na niebie w dobie, gdy Europa ogarnięta była wojnami napoleońskimi. Nic więc dziwnego, że — zgodnie z pokutującym wciąż wśród ówczesnych społeczeństw przesądem — uważano ją za zapowiedź nadciągających nieszczęść, chociaż nie dla wszystkich rok 1811 miał się okazać pechowy. Na przykład w Portugalii akurat tego roku obrodziły winogrona i można było wyprodukować duże ilości doskonałego wina, po latach osiągającego wyjątkowo wysoką cenę jako „wino kometarne”. Kometa była więc chwalona przez smakoszy wina, a zwłaszcza przez producentów, gdyż tym ostatnim ułatwiała napełnianie kiesy (patrz rysunek na czwartej stronie okładki). Przyświecała również naszym narodowym nadziejom i marzeniom, które wraz z jej odejściem zgasły pod Moskwą i nad Berezyną. O niej to właśnie Adam Mickiewicz w ósmej księdze „Pana Tadeusza” pisze.1

Dziś oczy i myśli wszystkich pociąga do siebie
Nowy gość, dostrzeżony niedawno na niebie:
Był to Kometa pierwszej wielkości i mocy.
Zjawił się na zachodzie, leciał ku północy;
Krwawym okiem z ukosa na rydwan spoziera,
Jakby chciał zająć puste miejsce Lucypera;
Warkocz długi w tył rzucił i część nieba trzecią
Obwinął nim, gwiazd krocie zagarnął jak siecią,
I ciągnie je za sobą, a sam wyżej głową
Mierzy na północ, prosto w gwiazdę biegunową.

Astronom niemiecki Fryderyk Wilhelm Argelander (1799–1875) obliczył, że kometa Flaugergeusa obiega Słońce raz na około 3000 lat. Gdy zatem poprzednim razem gościła na ziemskim niebie, greccy Argonauci pod wodzą Jazona wyprawili się do Kolchidy po „złote runo” cudownego barana. Jej kolejny powrót oczekiwany jest dopiero około 4900 roku, choć trudno dziś powiedzieć, czy nastąpi to w wymienionym wyżej terminie. Siły grawitacyjne wielkich planet mogły przecież przerzucić ją na inny tor, toteż swój kolejny powrót może przyspieszyć lub opóźnić. Podobnie niepewny jest los komety, która w końcu lutego 1843 roku nieoczekiwanie pojawiła się podczas dnia w bliskim sąsiedztwie Słońca. Ujrzało ją jednocześnie wielu ludzi i dlatego nie ma ona własnego imienia, lecz zwana jest po prostu „wielką kometą z roku 1843” (rys. 3). W ciągu zaledwie 24 godzin (od 27 do 28 lutego) opisała ona wokół Słońca łuk 292° (zbliżając się doń w peryhelium na odległość zaledwie 0,005 jednostki astronomicznej), a na zakreślenie pozostałych 68° będzie potrzebowała przeszło pięciu stuleci.

Rys. 3

Rys. 3 Wielka kometa z 1843 roku.

Dużą sławę zyskała kometa, którą 2 czerwca 1858 roku odkrył astronom włoski Gianbattista Donati (1826–1873). W chwili odkrycia miała postać mglistego obłoczka i znajdowała się w gwiazdozbiorze Lwa. Takich słabych komet odkryto już przedtem wiele, ale po paru tygodniach znikały me zyskując najmniejszej sławy. W tym przypadku kometa przykuwała uwagę ze względu na to, że po niebie poruszała się nadzwyczaj wolno. Okoliczność ta utrudniała obliczenia i nie można było przewidzieć jej późniejszego ruchu po niebie. Wkrótce się jednak okazało, że kometa Donatiego była w chwili odkrycia oddalona od Ziemi o 350 milionów km i tylko tym należy tłumaczyć jej „żółwi krok” po niebie. Od połowy sierpnia stawała się coraz jaśniejsza, a 20 sierpnia pojawił się „zalążek” warkocza. Od tego czasu kometa szybko się rozwijała, od 29 sierpnia zaczęła być widoczna gołym okiem, zaś dwa tygodnie później świeciła tak jasno, jak najjaśniejsze gwiazdy Wielkiego Wozu. Przez peryhelium przeszła 29 września, do naszej planety najbardziej zbliżyła się 10 października, kiedy to jej warkocz miał około 60° długości i szerokość dochodzącą do 10°. Dzień przedtem pojawił się drugi, bardzo słabo świecący warkocz. O ile jednak pierwszy był szeroki i wyraźnie zakrzywiony, to warkocz drugi był cienki i prosty (rys. 4).2

W listopadzie kometa przeszła na południową półkulę nieba, gdzie obserwowano ją jeszcze w pierwszych dniach marca 1859 roku. W sumie śledzono jej ruch przez 275 dni (z czego 112 dni była widoczna gołym okiem, a w ciągu 177 dni miała warkocz). Na tej podstawie obliczono, że obiega Słońce raz na dwa tysiące lat. Ona to właśnie — jak niektórzy sądzą — była ową wielką kometą z roku 146 p.n.e., o której pisze Seneka Młodszy.

Rys. 4

Rys. 4 Kometa Donatiego z 1858 roku.

Kometa Donatiego musiała wspaniale wyglądać w pierwszych dniach października 1858 roku, kiedy to przechodziła blisko Arktura. Miała wówczas piękne, złotożółte zabarwienie, co według ówczesnych opisów — upodobniało ją do dojrzałego kłosa pszenicy. Nie znaczy to oczywiście, aby poza nią w XIX wieku nie było innych, również zasługujących na uwagę. Nie mniejszą przecież sensację wywołała kometa, która w czerwcu 1861 roku niespodziewanie wynurzyła się z promieni słonecznych, a którą już 13 maja dostrzegł australijski miłośnik astronomii John Tebbutt (1834–1916). Szybko przemieszczała się ona z południa na północ, lecz wkrótce zniknęła w promieniach Słońca i ponownie zjawiła się dopiero wieczorem 29 czerwca, ale już po jego przeciwnej stronie. W pierwszej chwili wielu ludzi sądziło, że to nieodłączny towarzysz Ziemi wschodzi na zachodzie. W tym bowiem czasie głowa komety była tak wielka jak tarcza Księżyca w pełni.

Równie jasna kometa pojawiła się na niebie jesienią 1882 roku. Gołym okiem obserwowano ją przez kilka tygodni, a przez lunety około 9 miesięcy. Jej warkocz był ciekawie rozszczepiony, przypominając kształtem grecką literę gamma, przy odrobinie zaś wyobraźni można było dopatrzeć się w nim dwu płynących obok siebie ryb. Na uwagę zasługuje fakt, że tuż po przejściu przez peryhelium jądro komety rozpadło się na kilkanaście fragmentów i że każdy z nich wędrował po niebie samodzielnie. Była to jednocześnie ostatnia jasna kometa, którą w ubiegłym stuleciu mogli podziwiać mieszkańcy północnej półkuli naszego globu. Na następną trzeba było czekać aż do pierwszych dni 1910 roku, kiedy w zasięgu lunet była już widoczna kometa Halleya i coraz bliższy był okres jej największej jasności. Wtedy zupełnie niespodziewanie pojawiła się nieznana kometa, wzbudzając duże zainteresowanie wśród obserwatorów. Wprawdzie wkrótce zniknęła w promieniach Słońca, lecz dzień po przejściu przez punkt przysłoneczny (nastąpiło to 17 stycznia) zjawiła się na niebie prawie w samo południe. Miała wtedy bardzo krótki warkocz i była dużo jaśniejsza od planety Wenus, którą — jak się to niekiedy zdarza — też można dostrzec podczas dnia. W nocy warkocz komety był znacznie dłuższy, a po pewnym czasie się rozdzielił i miał trzy odnogi. Kometa świeciła wówczas pięknym światłem żółtym.

Po zniknięciu opisanej wyżej komety i po odejściu komety Halleya długo nie pojawiała się na niebie jasna kometa. Astronomowie musieli się zadowolić — zgodnie ze znanym przysłowiem, że „na bezrybiu i rak ryba” — słabszymi obiektami. Dopiero 8 grudnia 1947 roku w znanym obserwatorium w Kapsztadzie od rana rozdzwonił się telefon. Dziesiątki ludzi najróżniejszych zawodów meldowało zdumionym astronomom, iż na niebie świeci jasna kometa. Pracownicy tej zasłużonej placówki afrykańskiej byli tym zupełnie zaskoczeni, bo nie tylko nie widzieli żadnej komety, ale w dodatku nie mieli o niej żadnych meldunków z innych obserwatoriów ani z Centrali Telegramów Astronomicznych. W końcu zmuszeni zostali do pozostawienia teleskopów w spokoju i udania się na ulicę, która była wypełniona ludźmi gapiącymi się na niebo. Naocznie się wówczas przekonali, że nisko nad wschodnim horyzontem istotnie świeci okazała, dotychczas nieznana kometa. Z obserwatorium nie mogła być widoczna, ponieważ akurat ten skrawek nieba zakrywała sławna Góra Stołowa, a właściwie jej część zwana Diabelskim Kopcem.

Kometa z roku 1947 długo ukrywała się w promieniach Słońca, potem zaś pogoda uniemożliwiała jej obserwacje. Dopiero żeglarze płynący w okolicy południowego cypla Afryki ujrzeli ją 7 grudnia, czyli dzień wcześniej od mieszkańców Kapsztadu. Świeciła wtedy tak jasno, jak najjaśniejsza gwiazda Lutni — Wega. Po kilku zaledwie dniach blask jej nagle osłabł, a 10 grudnia astronom holenderski William H. van den Bos (1896–1974) stwierdził, że jej jądro jest podwójne. Jeden składnik był początkowo jaśniejszy od drugiego, lecz blask jego szybko malał i 16 grudnia oba świeciły już jednakowo. Tegoż dnia stwierdzono, iż kometa ma potrójny warkocz — dwie odnogi większe i trzecią mniejszą. Ale szybko słabła i tuż po świętach Bożego Narodzenia przestała być widoczna gołym okiem. Wkrótce potem przeszła na północną półkulę nieba, na początku zaś 1948 roku przestała być widoczna przez teleskopy. Nim jednak o niej zapomniano, na niebie zjawiła się druga, równie jasna kometa. Odkryła ją 1 listopada 1948 roku załoga samolotu lecącego nad Kenią i obserwująca całkowite zaćmienie Słońca. Głowa komety znajdowała się zaledwie od środka tarczy słonecznej. W odróżnieniu od komety z roku 1947 słabła dużo wolniej i jeszcze na Boże Narodzenie 1948 roku była widoczna gołym okiem. Wówczas jednak ozdabiała już południową półkulę nieba.

Jedną z najjaśniejszych komet naszego stulecia odkryli 8 listopada 1956 roku belgijscy astronomowie S. Arend i M. Roland z obserwatorium w Uccle. W chwili odkrycia była niewidoczna gołym okiem, a w teleskopie miała wygląd słabej, ledwo widocznej mgiełki. Jednak jej blask wzrastał w miarę zbliżania się zarówno do Słońca, jak i do Ziemi. Przez peryhelium przeszła 8 kwietnia 1957 roku i wkrótce potem była dobrze widoczna w naszych szerokościach geograficznych bez użycia przyrządów optycznych (patrz zdjęcie na drugiej stronie okładki). Prasa codzienna informowała czytelników o ruchu i rozwoju komety, ozdabiając te doniesienia ciekawymi zdjęciami. Przy okazji przypomniano wiele ciekawostek i anegdot związanych z powrotem komety Halleya w roku 1910. Do nich niewątpliwie należy wydana wówczas okolicznościowa pocztówka z rysunkiem tej sławnej komety i odpowiednim wierszykiem, który zapowiadał nieuchronny koniec świata. Nieszczęście to miało być naturalnie spowodowane przez „strasznego kometę”.

Parę miesięcy po zniknięciu komety Arenda-Rolanda na niebie pojawiła się druga okazała kometa (patrz zdjęcie na trzeciej stronie okładki). Odkrył ją 2 sierpnia 1957 roku astronom czechosłowacki Antoni Mrkos, z czym związana jest interesująca historia i chyba warto o niej wspomnieć. W zasadzie bowiem kometę tę odkryło trzech obserwatorów, lecz tylko jeden z nich figuruje w katalogach komet. Jest nim właśnie wspomniany Mrkos, chociaż już 29 lipca kometę ujrzał japoński obserwator Sukehiro Kuranago z Jokohamy. Wiadomość o swym odkyciu wysłał do Kopenhagi (tam wówczas znajdowała się Centrala Telegramów Astronomicznych) zwykłym listem poleconym, który dotarł na miejsce przeznaczenia dopiero w połowie sierpnia, czyli prawie dwa tygodnie później niż telegram Mrkosa. Podobnego pecha miał amerykański miłośnik astronomii Peter Cherbak, który z zawodu był pilotem i kometę dostrzegł 31 lipca podczas prowadzenia samolotu na trasie między Denver a Omahamą. Nie był pewny jednak swego odkrycia, toteż po powrocie do domu dokonał obserwacji kontrolnej i dopiero wtedy powiadomił o tym obserwatorium na Mt. Palomar. Jeden dzień zwłoki nie miałby większego znaczenia, gdyby tamtejsi astronomowie od razu przesłali tę wiadomość do Kopenhagi. Niestety, najwidoczniej nie bardzo ufali swemu informatorowi i dlatego zwlekali z dokonaniem powyższej formalności. W rezultacie świat naukowy o nowej komecie dowiedział się dzięki telegramowi Mrkosa, który też został uznany za jego oficjalnego odkrywcę.

Za szczęściarza może uważać się również John C. Bennett z obserwatorium w Pretorii (Republika Południowej Afryki). Przeglądając południową półkulę nieba 28 grudnia 1969 roku odkrył w pobliżu Małego Obłoku Magellana nową kometę, która w tym czasie zbliżała się zarówno do Słońca, jak i do Ziemi. Przesuwając się wolno wśród gwiazd 25 marca 1970 roku przekroczyła równik niebieski i odtąd świeciła na północnej półkuli nieba, osiągając zarazem maksimum swej jasności i rozwijając wspaniały warkocz. Słońce okrążyła 20 marca w odległości około 0,54 jednostki astronomicznej (80 milionów km), a najbliżej naszej planety znalazła się 27 marca, mijając ją w odległości około 0,69 jednostki astronomicznej (103 milionów km). Na podstawie obserwacji stwierdzono, że płaszczyzna orbity komety Bennetta jest niemal prostopadła do płaszczyzny orbity Ziemi.

I kometę Bennetta można było obserwować gołym okiem. Nie często zaś to się zdarza, bo średnio raz na kilkanaście lat. Lecz i tym razem upłynęły zaledwie trzy lata, a świat znowu obiegła wiadomość o odkryciu nowej komety, mającej nawet szansę — jak przewidywano — stać się „kometą stulecia”. Znalazł ją astronom czechosłowacki Luboš Kohoutek na kliszy fotograficznej, którą naświetlono 7 marca 1973 roku za pomocą teleskopu obserwatorium hamburskiego. W chwili odkrycia dzieliła ją od Ziemi odległość około 4 jednostek astronomicznych (od Słońca prawie 5 jednostek astronomicznych) i nic dziwnego, że była wtedy jedynie mglistym obłoczkiem słabo świecącym na tle gwiazdozbioru Hydry. Największą jasność uzyskała podczas przejścia przez punkt przysłoneczny, co nastąpiło 28 grudnia. Niestety, wspaniały jej wygląd mogli podziwiać jedynie astronauci z pokładu stacji kosmicznej Skylab-3. W tym czasie kometa Kohoutka świeciła tak jasno jak Jowisz, ale z Ziemi nie było można jej obserwować z uwagi na bliskie sąsiedztwo Słońca i jego oślepiający blask. Pojawiła się na wieczornym niebie dopiero w pierwszych dniach stycznia 1974 roku, lecz wtedy jej blask szybko malał i wkrótce potem kometę można było obserwować tylko przez lunety. Tak więc pełną krasę komety Kohoutka możemy podziwiać jedynie na fotografiach uzyskanych za pomocą kamer o dużej światłosile (patrz zdjęcie na pierwszej stronie okładki).

Krótko mówiąc — kometa Kohoutka nie spełniła nadzieii licznych rzesz miłośników astronomii. Zupełnie odwrotnie zachowała się kometa, którą 24 września 1975 roku odkrył duński astronom Richard M. West na zdjęciu uzyskanym za pomocą teleskopu Europejskiego Obserwatorium Południowego w La Silla (Chile). Odkryto ją zatem — tak samo zresztą jak kometę Kohoutka — nie na niebie, ale na kliszy fotograficznej. A co ciekawsze — odkrywcą nie był astronom wykonujący to zdjęcie, lecz inny uczony, który kilka tygodni później zajmował się jego opracowaniem. Kometa Westa sprawiła przyjemną niespodziankę, przede wszystkim była znacznie jaśniejsza niż przewidywano, a po przejściu przez peryhelium (nastąpiło to 25 lutego 1976 roku) rozwinęła długi, wspaniały warkocz o wyraźnie pyłowej strukturze. Na zdjęciach uzyskanych za pomocą dużych teleskopów widać dwadzieścia pasm, z których najjaśniejsze rozciągają się od jądra na odległość około 20°, słabsze sięgają nawet dalej. I wreszcie kolejną niespodziankę kometa Westa sprawiła 5 marca, kiedy to zaobserwowano pojawienie się jej drugiego jądra, a tydzień później było ich już cztery. W ten sposób astronomowie mogli dość dokładnie prześledzić jeden z najdramatyczniejszych etapów w życiu komet — rozpad jądra.

Kometa Westa należy bez wątpienia do najjaśniejszych komet goszczących na naszym niebie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Była dużo okazalszym zjawiskiem nie tylko od komety Kohoutka, ale i od widocznych wcześniej komet: Arenda-Rolanda i Bennetta. Może z nią konkurować jedynie kometa, którą 18 września 1965 roku odkryli znani japońscy obserwatorzy Karou Ikeya i Tsutomu Seki. Kometa ta jest znana zwłaszcza z tego, że minęła Słońce w odległości zaledwie 0,008 jednostki astronomicznej (1,2 miliona km) i że wkrótce potem też się rozpadła. Należy ona do nielicznej grupy komet „muskających Słońca”. Komety tej grupy poruszają się ruchem wstecznym, a odległość ich peryheliów jest mniejsza niż 0,01 jednostki astronomicznej. Ponieważ orbity tych komet są niemal identyczne zorientowane w przestrzeni, można zatem wnioskować, iż mają one wspólne pochodzenie. Może są produktem rozpadu jakiejś jednej większej komety? Do tej właśnie ciekawej grupy należy zaliczyć kometę Howard-Koomen-Michels, która prawdopodobnie zderzyła się ze Słońcem. Niezwykłe to zjawisko zarejestrowane zostało przez amerykańskiego satelitę wojskowego Solwind (P78-1) w dniach 30 i 31 sierpnia 1979 roku.

Na zakończenie warto wspomnieć o komecie IRAS-Araki-Alcock, którą 25 kwietnia 1983 odkrył międzynarodowy satelita IRAS (Infrared Astronomical Satellite). Początkowo wzięto ją za planetoidę, a w dodatku o odkryciu nie powiadomiono Centrali Telegramów Astronomicznych, ograniczając się tylko do przekazania tej wiadomości niektórym obserwatoriom. Skutek tego był taki, że 3 maja 1983 roku niezależnie jeden od drugiego dostrzegli ją na niebie dwaj miłośnicy astronomii: George E. D. Alcock w Anglii i Genichi Araki w Japonii. Kometa ta w dniu 11 maja ubiegłego roku przeleciała obok Ziemi w odległości zaledwie około 5 milionów km. Była to ostatnia widoczna gołym okiem kometa.

(Źródło: „Urania” nr 5/1984)
   wstecz        dalej    



© „Urania — Postępy Astronomii”
webmaster: Marek Gołębiewski