Przejdź do treści

Taranis IV

Portret dwóch szarych obcych

Na ilustracji: Cyfrowo pokolorowany rysunek wykonany piórem i atramentem przedstawiający dwóch szarych kosmitów. Źródło: Wikimedia Commons

 

Rok 2021 został ogłoszony Rokiem Lema. Z tej okazji, w numerze 3/2021 czasopisma Urania - Postępy Astronomii ogłoszony został konkurs literacki na teksty w języku polskim pisane prozą, inspirowane polskimi badaniami naukowymi. 

 

Poniżej prezentujemy opowiadanie pt. „Taranis IV”, które zostało nadesłane na konkurs przez Emila Zawadzkiego:

 


 

Emil Zawadzki

 

TARANIS IV

 

Był słoneczny, wrześniowy poranek, kiedy przed szpital psychiatryczny imienia Świętej Dymfny zajechało czarne, błyszczące lamborghini. Z samochodu wysiadł wysoki, szczupły mężczyzna o niepokojąco bladej karnacji. Ubrany był w elegancki, czarny garnitur, a na oczach miał okulary przeciwsłoneczne. Mężczyzna zapiął guziki idealnie skrojonej marynarki, rozejrzał się ostrożnie na wszystkie strony i energicznym krokiem ruszył w stronę głównego wejścia do szpitala.

 

    – Dzień dobry, agent specjalny Liam Jones! – oznajmił mężczyzna tuż po przekroczeniu progu placówki, pokazując siedzącej na recepcji dziewczynie swoją legitymację i odznakę. Zaskoczona kobieta nie miała czasu przyjrzeć się dokumentom ani tym bardziej odpowiedzieć na powitanie. Agent Liam po prostu nie dopuścił jej do głosu. – Kilka dni temu dzwoniłem do pani przełożonego i uzgodniłem z nim termin spotkania z panem Albertem Pierzchalskim, tym nieszczęsnym inżynierem, który brał udział w misjach kosmicznych Taranis III oraz Taranis IV. Proszę po prostu podać mi numer pokoju, w którym przebywa pacjent.


    Recepcjonistka zawiesiła się na chwilę, przypatrując się swojemu odbiciu w błyszczących okularach przeciwsłonecznych. Agent podszedł do jej biurka, uniósł wysoko lewą brew i zaczął niecierpliwie stukać palcami w drewniany blat. W jego ruchach było coś niepokojącego, pewnego rodzaju nieumiejętnie skrywana groźba.
    
    – Po… Pokój czternasty. On mieszka w pokoju czternastym – wydukała w końcu dziewczyna, blednąc przy tym ze strachu niczym ściana tuż za jej plecami.
    
    – Dziękuję – odpowiedział agent Liam i odwrócił się, by ruszyć korytarzem we wskazanym kierunku. Kilka metrów dalej zatrzymał się jednak w pół kroku i zerknął przez ramię na kobietę. Jego usta wykrzywił bardzo nieładny grymas. – Nie muszę chyba wyjaśniać, że jestem tu w sprawie wagi państwowej, prawda? Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi przeszkadzał podczas rozmowy z pacjentem.
    
    – Nie! Oczywiście, że nie! – zapewniła stanowczo recepcjonistka i z ulgą spostrzegła, że agent kiwnął głową i ruszył dalej korytarzem. 
    
W jego głosie i sposobie zachowania było coś, co bardzo niepokoiło kobietę, chociaż nie była w stanie zrozumieć, co dokładnie wywołało w niej takie odczucia. Miała irracjonalne przekonanie, że nie rozmawiała z żywym człowiekiem.


***

 

Albert Pierzchalski siedział w swoim pokoju i apatycznym wzrokiem obserwował świat za oknem. Dostrzegł parkujący przed szpitalem samochód i instynktownie wiedział, że ten  ktoś przyjechał właśnie do niego. Już kilka razy odwiedzili go najróżniejsi ludzie, wypytując o traumatyczne przeżycia, w wyniku których trafił do tego przykrego miejsca. Za każdym razem Albert opowiadał im dokładnie tę samą historię, a rozbawieni urzędnicy i naukowcy tylko kiwali z politowaniem głowami. Mieli go za kompletnego wariata od czasu tego fatalnego zdarzenia, kiedy Albert próbował naprawić satelitę Taranis IV.

 

Pukanie do drzwi wyrwało mężczyznę z zamyślenia. Albert obrócił się w samą porę, by zobaczyć, jak do środka bez pozwolenia wchodzi blady człowiek w garniturze. Był nieco inny niż poprzedni goście Alberta. Sprawiał wrażenie kogoś ważniejszego. 

 

– Dzień dobry, Albercie – odezwał się nieznajomy, po czym podszedł do krzesła stojącego pod ścianą. Poderwał je energicznie z podłogi i ustawił dokładnie naprzeciwko fotela pacjenta. – Nazywam się Liam Jones, jestem agentem specjalnym i bardzo się cieszę, że zgodziłeś się ze mną porozmawiać.

 

– Taaaak? Zgodziłem się? Przepraszam, nie pamiętam. Możliwe, że byłem wtedy po lekach. Wiele osób dzwoni i prosi o rozmowę, a ja za każdym razem opowiadam im to samo. Czy muszę znowu się powtarzać?

 

– Przykro mi, ale muszę na to nalegać – odpowiedział pan Jones i usiadł na krześle. – Obiecuję jednak, że jeśli opowiesz wszystko dokładnie jeszcze jeden, ostatni raz, to zostawię cię w spokoju. Mało tego. Postaram się, żeby inni też przestali cię niepokoić. Umowa stoi?

 

– Tak, może być… Byłoby miło w końcu mieć spokój – odparł ospałym głosem Albert. – Proszę zacząć swoje przesłuchanie.

 

– Doskonale. Najpierw pozwolę sobie sprawdzić, czy wszystkie posiadane przeze mnie informacje są prawdziwe, dobrze? Czy mógłbyś mi w dużym skrócie opowiedzieć, na czym polegała misja Taranis?

 

Albert otworzył szeroko oczy i spojrzał na swojego rozmówcę nieco podejrzliwie. Przecież od kilku tygodni na całym świecie mówiono tylko o misji Taranis. Ten agent rządowy najwyraźniej go sprawdzał, pan Jones chciał najpierw wybadać, czy Albertowi nie pomieszały się wszystkie wspomnienia, czy w ogóle warto tracić czas na to, żeby usłyszeć jego niesamowitą historię.

 

– Chodziło o dokładne zbadanie krótkich, ale gwałtownych rozbłysków, które tworzą się ponad chmurami burzowymi – wyrecytował beznamiętnie pacjent.

 

– Doskonale, Albercie. A czy pamiętasz, co wydarzyło się siedemnastego listopada, roku dwa tysiące dwudziestego? 

 

– Wtedy rozpadła się na kawałki rakieta Vega, która miała wynieść w atmosferę pierwszego satelitę Taranis. Misja zakończyła się niepowodzeniem. 

 

– Tak. Interesuje mnie między innymi to, kiedy rozeszły się plotki, według których ktoś sabotował całą misję. Czy doszły wtedy do twoich uszu takie pogłoski?

 

– Nie, no co pan! – Albert machnął lekceważąco ręką i roześmiał się pod nosem w nieco nerwowy sposób. – Nie dam się na to nabrać! Problem był dziecinnie prosty. Wystąpił defekt w izolacji termicznej rakiety. Dopiero przy drugiej misji pojawiły się te dziwne plotki! Taaak... Wypadek, który wydarzył się trzy lata później, był o wiele bardziej tajemniczy. Ale jakby co, to ja wcale nie twierdzę, że był to sabotaż! Nic na ten temat nie wiem!

 

– Świetnie. – Agent Jones uśmiechnął się pod nosem szeroko, a w uśmiechu tym było coś, co zmroziło krew w żyłach Alberta. Przez chwilę twarz jego rozmówcy wydała mu się dziwnie zniekształcona, wręcz nieludzka. Agent musiał zauważyć konsternację na twarzy pacjenta, bo natychmiast przestał się uśmiechać. – Ale wróćmy do ważniejszych tematów, czyli do ciebie. Czy to właśnie wtedy poproszono o pomoc jednego z najwybitniejszych pracowników polskiego Centrum Badań Kosmicznych PAN?

 

– Bez przesady, nie byłem aż tak dobry. Ale owszem, wtedy zacząłem pracę nad usprawnieniem izolacji termicznej i dzięki temu satelita Taranis III trafił na orbitę. 

 

– Nie byłeś jeszcze wtedy głównym inżynierem, prawda? 

 

– Nie byłem – zgodził się Albert i z zakłopotaniem uciekł spojrzeniem na podłogę. 

 

Powoli zbliżała się pora na mniej przyjemne tematy. Swoją drogą, bardzo dziwne mężczyźnie wydawało się to, że pan Jones cały czas siedział w okularach przeciwsłonecznych w tym dość kiepsko oświetlonym pomieszczeniu.

 

– Powiesz mi, co było dalej? – zapytał agent, a w kąciku jego ust czaił się ten sam niepokojący uśmiech co wcześniej.

 

– Wszyscy główni naukowcy zmarli, a satelita został zniszczony w niewyjaśnionych okolicznościach. Raptem dwa dni po wystrzeleniu w kosmos. Wtedy zaczęliśmy pracę nad czwartą misją, a ja zostałem głównym inżynierem. Nie mam zamiaru rozmawiać o śmierci moich kolegów! Nie miałem z tym nic wspólnego i żadne dowody nie wskazywały na mnie, jeśli o to panu chodzi! Miałem wtedy urlop!

 

– Spokojnie, spokojnie… Nikt cię nie podejrzewa, mój drogi Albercie. Masz rację, nie roztrząsajmy tych niewyjaśnionych zgonów. Po prostu kontynuuj swoją opowieść. 

 

– Przecież doskonale pan wie, co było dalej! Pisano o tym w gazetach na całym świecie, a mnie zamknięto w szpitalu dla czubków!

 

– Czy uważasz, że jesteś szalony? – zapytał agent, po czym odchylił marynarkę i sięgnął w stronę kieszeni spodni, żeby wyciągnąć chusteczkę. 

 

Przez krótką chwilę Albert widział dziwny pistolet wystający z kabury u pasa mężczyzny. Była to niesamowita broń, pasująca bardziej do filmu science fiction niż do standardowego wyposażenia agenta rządowego. Lufa wyposażona była w liczne migające diody, a do rączki przyczepiono nietypowy akumulator.

 

– Nie… Nie jestem szalony – odpowiedział Albert o wiele spokojniejszym głosem, który maskował jego rosnący niepokój.

 

– Ja też tak myślę. Dlatego najlepiej będzie, jeśli przejdziemy do sedna i powiesz mi, dlaczego mieszkańcy tej planety uznali cię za wariata.

 

– Do... Dobrze… Taranis IV miał o wiele lepsze osłony, był to po prostu cud technologii. Ale i one zaczęły się psuć. Na Ziemię trafiły niepokojące odczyty, więc szefostwo postanowiło to sprawdzić, dowiedzieć się, jak uchronić się przed utratą kolejnej zabaweczki. Wysłali mnie w kosmos. Jako główny inżynier miałem na własne oczy przekonać się, co poszło nie tak i w miarę możliwości rozwiązać problem.

 

– To musiało być niesamowite, prawda? Polecieć w kosmos! Wielu mieszkańców twojej planety o tym marzy, nawet jeśli tak naprawdę nie są stworzeni do wyruszenia ku gwiazdom.

 

Albert lekko zbladł. Liam Jones albo się przejęzyczył, albo sam nie uważał się za mieszkańca Ziemi. W każdym razie pacjent nie chciał, żeby agent ponownie sięgał w stronę swojego pasa, gdzie trzymał tajemniczą broń. Przez chwilę Albert zastanawiał się, czy aby nie zaryzykować ucieczki na korytarz, gdzie mógłby wezwać lekarzy na pomoc. Niestety, tajemniczy agent usadowił się na krześle w taki sposób, że blokował Albertowi drogę do drzwi. Mężczyzna musiał nadal grać w grę, którą narzucił mu pan Jones. 

 

– Powiedziałbym raczej, że to było okropne, a nie niesamowite. To wtedy ich zobaczyłem. 

 

– Ich? Kogo dokładnie masz na myśli? 

 

– Te przeklęte istoty! To były przerażające postacie, które składały się z jakiejś błękitnej energii! Naprawiałem uszkodzenia satelity, a oni przyglądali mi się z oddali, ale ja ich widziałem! 

 

Agent Liam pochylił się w stronę Alberta i uśmiechnął się do niego w bardzo nieładny sposób. Jego dłoń powędrowała powoli w stronę pasa – wyglądało na to, że rozmowa nie szła zgodnie z planem.

 

– Jak dokładnie miałeś okazję się im przyjrzeć? Opisz mi wszystko! 

 

– Dobrze… Już opowiadam, tylko spokojnie. – Albert skulił się w fotelu, obserwując uważnie ręce tajemniczego mężczyzny. – Widziałem ich z dużej odległości, wśród silnych rozbłysków energii. Było ich trzech, a może czterech, nie jestem pewny. Stali na jakiejś platformie, otoczeni lekko oślepiającą poświatą. Z grubsza przypominali ludzi, ale ich sylwetki były w jakiś sposób rozedrgane. No i nie mieli żadnych kombinezonów ochronnych! Pokazywali mnie sobie palcami. Wystraszyłem się i schowałem za najbliższy panel osłony satelity, a kiedy zza niego wyjrzałem, to po tych istotach nie było już śladu. Została tylko ta dziwna energia, która stopniowo gasła, aż całkiem zniknęła mi z oczu. 

 

– A więc nie widziałeś niczego wyraźnie, ale zaryzykowałeś cały swój autorytet, żeby opowiadać ludziom tak niestworzone historie? Albercie… Moim zdaniem to mogły być tylko halucynacje wywołane stresem i przepracowaniem. Zgodzisz się ze mną, prawda?

 

– Sam już nie wiem… Byłem przepracowany, ale widziałem ich tak wyraźnie, jak teraz widzę pana! Nikt nie chce mi w to uwierzyć i nie mam na to żadnych dowodów, ale myślę, że to byli kosmici.

 

– Albercie. – Głos Liama Jonesa brzmiał teraz nieco inaczej, był bardziej gardłowy i niższy. Jego palce zacisnęły się na rękojeści wymyślnego pistoletu, którego diody zaczęły błyskać o wiele gwałtowniej. – Istnieje szansa, że były to istoty pozaziemskie. Czy myślisz, że twoja sytuacja byłaby inna, gdyby okazało się to prawdą? Czy nie domyślasz się, że w obliczu takich rewelacji świat stanąłby w ogniu? Na twoim miejscu modliłbym się o to, żeby to były tylko halucynacje. Pozwól więc, że zapytam jeszcze raz… Czy jest szansa, że był to tylko wytwór twojej wyobraźni?

 

– Tak! Absolutnie! – Mężczyzna zaczął energicznie kiwać głową, wyczuwając jedyną szansę na ratunek w tej kłopotliwej sytuacji. – Jak teraz o tym myślę, to faktycznie wszystko mogło mi się tylko przewidzieć. Przecież to niemożliwe, żeby jakieś obce istoty stały w centrum tych rozbłysków, prawda?

 

– Dokładnie tak – zgodził się spokojniejszym głosem agent Liam i powoli wstał z krzesła. Wyglądało na to, że rozmowa dobiegła końca. 

 

– Czy może mi pan przypomnieć, jaką agencję pan reprezentuje? – odważył się zapytać drżącym głosem Albert.

 

– Lepiej dla ciebie, żebyś nie wiedział. – Mężczyzna przypatrywał się Albertowi przez chwilę z kamiennym wyrazem twarzy, zupełnie jakby podejmował jakąś trudną decyzję. – Nie muszę chyba wspominać, że powinieneś przestać rozpowiadać wszystkie te pozbawione dowodów historie, prawda? Twoje opowieści zaniepokoiły pewnych wysoko postawionych ludzi, ale spróbuję ich przekonać, że nie siałeś paniki celowo. Potrzebuję do tego tylko twojej współpracy w tej kwestii. Mogę na nią liczyć? Tak? Wspaniale! Nie chciałbym tu ponownie przychodzić. I ty też byś zapewne nie chciał, żebym był do tego zmuszony.


***

 

    Gdy tylko agent specjalny Liam Jones znalazł się na zewnątrz, wyciągnął z kieszeni bardzo dziwne urządzenie, z grubsza przypominające telefon komórkowy. Przedmiot wydawał się jednak stworzony z płynnego metalu i gdy tylko agent przyłożył go do ucha, jego górna część przeobraziła się w długą antenę. 

 

– Sprawa załatwiona – powiedział Liam wprost do zagadkowego komunikatora. – Sprawdziłem go dokładnie. Na szczęście jego historia zawiera kilka luk i ludzie nie będą w stanie nic z niej wywnioskować. Nie, w najbliższym czasie nie dowiedzą się o naszym istnieniu. Możemy kontynuować nasze eksperymenty w górnych warstwach atmosfery. Spokojnie, misją Taranis V zajmę się osobiście. Tak, na wszelki wypadek będę nadal monitorował poczynania Alberta Pierzchalskiego. Jeśli jeszcze raz piśnie choć słówko dziennikarzom, to go zneutralizuję. Agent Rehzffagh Nuighondf bez odbioru. 

 

Nagle coś błysnęło agentowi mocno w twarz, przez co na krótką chwilę ściągnął swoje okulary przeciwsłoneczne i przetarł oczy. Zerknął w stronę szpitala psychiatrycznego, ale nie zobaczył tam niczego podejrzanego, więc założył ponownie okulary i wsiadł do swojego samochodu. 

 

Liam Jones nie wiedział, że Albert obserwował go przez cały czas z okna swojego pokoju. To właśnie Albert za pomocą podręcznego lusterka odbił promienie słoneczne wprost w twarz mężczyzny. Pacjent musiał się przekonać, co kryło się za okularami przeciwsłonecznymi. To, co zobaczył, dosłownie zwaliło go z nóg. Albert Pierzchalski ujrzał błyszczące dziwnym światłem, nieludzkie oczy agenta. Światło bijące z jego źrenic było bardzo podobne do tego, które Albert widział tego tragicznego dnia w kosmosie. Cała reszta była tylko maską, przebraniem, które upodobniło pozaziemską istotę do człowieka.

 


Inspiracje:


 

Konkurs literacki Uranii z okazji Roku Lema 2021

 

Jesteś fanem fantastyki naukowej? A może próbujesz sił w pisaniu literatury science-fiction? Albo może jesteś już uznanym pisarzem i chcesz uczcić Rok Lema 2021? W każdym z tych przypadków możesz nadesłać swoją twórczość na konkurs literacki Uranii!

 

Aby dowiedzieć się więcej o konkursie, wejdź tutaj.