Nowe badania pokazują, że najskuteczniejszym sposobem prowadzenia resuscytacji krążeniowo-oddechowej w stanie nieważkości jest użycie specjalnego, automatycznego urządzenia do uciskania klatki piersiowej. To rozwiązanie okazało się znacznie skuteczniejsze niż metoda „stania na rękach” zalecana dotąd przez NASA, w której ratownik musi oprzeć się nogami o ścianę statku i uciskać klatkę piersiową pacjenta z góry.
Dlaczego to takie trudne?
Na Ziemi ratownik wykorzystuje ciężar własnego ciała, by wykonywać uciski. W stanie nieważkości to niemożliwe – zarówno ratujący, jak i poszkodowany unoszą się w przestrzeni. Dlatego od trzech dekad poszukiwano innych rozwiązań. Próbowano między innymi:
- metody odwróconego „uścisku niedźwiedzia” – ratownik obejmuje pacjenta od tyłu i uciska jego klatkę piersiową, prostując ręce,
- manewru Evettsa-Russomano – ratownik zapiera się stopami o uda pacjenta i, chwytając go pod pachami, rytmicznie przyciąga jego klatkę piersiową do siebie.
Pomysłowe, ale w praktyce niewystarczające – głębokość ucisków była zbyt mała, by zgodnie z medycznymi standardami utrzymać przepływ krwi do mózgu.
Co zaleca NASA?
Aktualnie zalecana przez NASA metoda „stania na rękach” (ang. handstand method) polega na tym, że ratownik w warunkach nieważkości ustawia się nad poszkodowanym w pozycji odwrócone, czyli „stoi na rękach” na klatce piersiowej pacjenta – dłonie ułożone są jak przy klasycznych uciskach na Ziemi. Nogi ratownika opierają się o ścianę, sufit lub podłogę statku kosmicznego – to jedyny sposób, by wytworzyć stabilny punkt podparcia w stanie nieważkości. Siła ucisku pochodzi z ruchu ramion i tułowia – ponieważ w kosmosie nie da się wykorzystać ciężaru własnego ciała, ratownik musi aktywnie napierać rękami w dół, jednocześnie „wypychać” się nogami od powierzchni statku. Celem jest wytworzenie odpowiedniego ciśnienia na klatkę piersiową pacjenta, podobnie jak podczas resuscytacji na Ziemi.
W praktyce metoda ta jest bardzo męcząca i trudna do utrzymania przez dłuższy czas, a uzyskana głębokość ucisków zwykle nie osiąga wymaganych 50–60 mm. Dlatego uznaje się ją za prowizoryczne rozwiązanie – stosowane w braku lepszych możliwości – ale niewystarczająco skuteczne.

Dowódca Ekspedycji 70, Andreas Mogensen z ESA (Europejskiej Agencji Kosmicznej), stabilizuje się w stanie nieważkości i ćwiczy uciskanie klatki piersiowej, czyli resuscytację krążeniowo-oddechową (RKO), w module laboratoryjnym Destiny Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Z tyłu, inżynier pokładowy Satoshi Furukawa z JAXA (Japońskiej Agencji Eksploracji Aerokosmicznej) obserwuje regularnie zaplanowane szkolenie w zakresie sytuacji awaryjnych. Źródło: NASA
Latające laboratorium nad Atlantykiem
Aby sprawdzić inne możliwości, zespół z Uniwersytetu Lotaryńskiego przeprowadził eksperymenty w samolocie Airbus A310 „Air Zero G”. Podczas lotów parabolicznych maszyna wchodzi w fazę swobodnego spadania, co przez około 22 sekundy daje prawdziwe wrażenie nieważkości. W jednym locie wykonuje się około 30 takich manewrów. W trakcie serii trzech lotów badacze testowali różne metody resuscytacji na zaawansowanych manekinach medycznych, rejestrując głębokość i tempo ucisków.
Trzy urządzenia, jeden zwycięzca
Naukowcy sprawdzili trzy typy automatycznych aparatów do uciskania klatki piersiowej:
- klasyczny tłokowy,
- z taśmą uciskową,
- oraz mniejszy tłokowy.
Międzynarodowe wytyczne wskazują, że skuteczny ucisk powinien mieć głębokość od 50 do 60 milimetrów. Spośród przetestowanych urządzeń tylko standardowy tłokowy aparat spełniał te wymagania – osiągnął średnio 53,0 mm. Urządzenie z taśmą uciskową i mały tłokowy dawały wynik około 29 mm, a metoda „stania na rękach” – 34,5 mm.

Profil lotu parabolicznego samolotu Airbus A310 „Zero-G”. Podczas wznoszenia i opadania pasażerowie doświadczają krótkich faz przeciążenia (1,8 g), a na szczycie paraboli – około 22 sekund stanu nieważkości (0 g). W ten sposób na Ziemi odtwarza się warunki panujące w kosmosie. Źródło: Air Zero G
Co dalej?
Rezultaty jasno pokazują, że bez automatycznych urządzeń resuscytacja w stanie nieważkości jest mało skuteczna. Teraz agencje kosmiczne muszą odpowiedzieć na pytanie, czy takie aparaty powinny znaleźć się na wyposażeniu statków i stacji kosmicznych. Ważne są nie tylko wyniki badań, lecz także kwestie praktyczne: waga, rozmiar i ograniczona przestrzeń na pokładzie.
Obecnie ryzyko nagłego zatrzymania krążenia u astronautów jest niskie – do lotów wybierane są osoby młode, zdrowe i wszechstronnie przebadane. Jednak wraz z planami dłuższych misji kosmicznych i rozwojem turystyki orbitalnej prawdopodobieństwo nagłych wypadków medycznych wzrośnie. A wtedy takie urządzenia mogą przesądzić o bezpieczeństwie załogi – i powodzeniu całej misji.
Więcej informacji: artykuł "Cardiac arrest in space: New research shows that automatic chest compressions are more effective for CPR when both rescuer and patient are floating in microgravity", ESC Press Office
Opracowanie: Joanna Molenda-Żakowicz
Na ilustracji: Zastosowanie metody „stania na rękach”, w której ratownik musi oprzeć się nogami o ścianę statku i uciska klatkę piersiową pacjenta z góry. Źródło: NASA

