Przejdź do treści
Dawno, dawno temu, jeden jedyny raz w powojennej historii ministrem edukacji był… astronom. Czy to dlatego, jak przekonywał Robert Głębocki, że astronomia jako źródło całej kultury i tak tkwi we wszystkich przedmiotach, od matematyki i fizyki, poprzez język ojczysty, historię do religii, czy też może przez jakiegoś diabełka wyskakującego z kałamarza, nasz minister wziął pióro i podpisał… likwidację astronomii w szkole. Próżne zdawały się adresowane do ministra protesty środowiska podpisywane przez ówczesnego prezesa Polskiego Towarzystwa Astronomicznego, … Roberta Głębockiego. Robert przez wiele lat był dla mnie wzorem uczonego, najzdolniejszym chyba astronomem z pierwszych pokoleń wykształconych w Toruniu. To niesłychane, był niestrudzonym pedagogiem, jednym z budowniczych Uniwersytetu Gdańskiego, założycielem jednych z pierwszych społecznych szkół w Polsce, gdzie dziś znakomicie działa obserwatorium jego imienia. Potem, kiedy spotykaliśmy się jako jurorzy — również gdy był ministrem — na Ogólnopolskim Młodzieżowym Seminarium Astronomicznym w Grudziądzu, dzieląc pokój w gierkowskiej „pięcioczarnodziurowej” Bursie, chyba już mógłbym go nazwać starszym przyjacielem. Zresztą, nie tylko ja! Był duszą każdego astronomicznego towarzystwa i pośmiertnie laureatem Medalu Zonna.

Potem było już tylko gorzej i gorzej… Nie powiodła się próba wpisania astronomii w podstawy programowe różnych przedmiotów, pewnie dlatego, że po 11 miesiącach Robert przestał być ministrem, a nikt po nim o jego ideach nie pamiętał. I tak dzisiaj, nasz przyjaciel, metodyk, Czesław Stawikowski znalazł na 380 stronach obowiązującej podstawy programowej na wszystkich etapach edukacyjnych słowo „astronomia” 4 razy, słowo „Kopernik” 7 razy, a słowo „gwiazda” 5 razy tylko na IV etapie edukacyjnym. Brak w podstawie programowej słów: teleskop, luneta, Heweliusz. Co ciekawe, degradacja nauczania nie dotyczy tylko astronomii, jeśli słowo
„Wisła” pojawia się jeden (sic!) raz, podobnie jak „odra” (jako… choroba).

Nie ma się co oszukiwać, wszystkie reformy struktury szkolnictwa, unifikacja przedmiotów i zmiany podstawy programowej ostatnich 25 lat obróciły w ruinę nauczanie przedmiotów matematyczno-przyrodniczych. Dostrzegają to wszyscy nauczyciele akademiccy wydziałów przyrodniczo-matematycznych i technicznych uniwersytetów i politechnik. Często cały semestr albo dwa trzeba poświęcić na studiach na nadrobienie tego, co jeszcze ćwierć wieku temu powinien wiedzieć każdy maturzysta. A cóż dopiero sięgać czasów, kiedy blisko 100 lat temu 3 maturzystów zakładało… „Uranię”. Tragiczne na poziomie wykształcenia ogólnego jest zupełne niezrozumienie przez współczesną młodzież obowiązujących w świecie relacji skutkowo-przyczynowych. To również mój dramat osobisty, bo obydwie córki właśnie pobierają edukację w gimnazjum i liceum.

Zapowiadana przez Ministerstwo Edukacji Narodowej reforma systemu szkolnictwa (4+4+4 lata) w tym powrót do pierwotnych, odpowiadających dyscyplinom naukowym nazw przedmiotów szkolnych, wielu z nas odebrało jak światełko w tunelu. Po ratunek udaliśmy się — Czesław Stawikowski i Robert Szaj z PTMA (na skrajach zdjęcia) i ja (jako przedstawiciel PTA) — do samej pani minister Anny Zalewskiej. Wizytę wspierał poseł Leonard Krasulski (w środku). Rozmowa była bardzo konstruktywna i dobrze rokująca. Jest wielka nadzieja, że przedmiot „Astronomia i badania kosmiczne” (lub podobny) pojawi się najpierw w liceach, potem w technikach i być może zreformowanych szkołach podstawowych. Wielu kolegów zwarło szyki i przygotowało projekty odpowiednich dokumentów.

Czekamy zatem na sygnał z Ministerstwa. Jestem optymistą. Argumenty mamy solidne i uczciwe, a astronomia jest całkowicie apolityczna. Nie tak dawno przecież podobną wizytą w innym ministerstwie przy wsparciu posła partii rządzącej przypomnieliśmy o ESO. No i przecież jesteśmy w ESO!

Maciej Mikołajewski
w Warszawie 13 lipca 2016 r.


Zobacz spis treści numeru 4/2016