Przejdź do treści

Istoty i nadistoty

Fragment skały

 

Źródło zdjęcia: Rapha Wilde / Unsplash
  

Rok 2023 został ogłoszony Rokiem Kopernika. Z tej okazji, w numerze 1/2023 czasopisma Urania - Postępy Astronomii ogłoszony został konkurs literacki pt. Fantasia Copernicana na teksty z dziedziny science-fiction w języku polskim, pisane prozą, inspirowane życiem Mikołaja Kopernika. 

 

Poniżej prezentujemy opowiadanie pt. „Istoty i nadistoty” autorstwa Edwina Sieredzińskiego:

 


 

Edwin Sieredziński

 

ISTOTY I NADISTOTY 

 

Jeszcze nie zdarzyło mnie się widzieć Rościkowskiego tak podnieconego. Przez cały pobyt w Hornsundzie zamieniłem może z nim ze dwa razy słowo. Ten zazwyczaj mało rozmowny intelektualista – typowy naukowiec jak z opowieści – niemalże podskakiwał z radości. 

 

– Mamy to! – mówił – Mamy. Jesteśmy pierwsi w historii. 

 

Rościkowski uchodził za człowieka na poły legendarnego. Mając pewne doświadczenie w świecie akademickim, zastanawiałem się nieraz, co w takich opowieściach jest prawdą, a co stanowi zmyśloną na użytek studentów i niższych stopniem fikcję. Miał najpierw się wyspecjalizować w fizykochemii, lecz znudziło mu się. Później postanowił udać się na studia geologiczne i astronomiczne. A co robił później? Zajmował się najstarszymi śladami życia na Ziemi i stał się czołowym w naszym nieszczęśliwym kraju głosicielem koncepcji panspermii. Tak, tej koncepcji, że żywe organizmy dostały się tutaj z innych światów. 

 

– No i co! – znowu zaczynał tyradę – Tak o to dołączamy do twórców wielkich przełomów – jego ton stawał się bardziej egzaltowany – Nie wiem. Może jesteśmy jak Kopernik. On to Ziemię umieścił wokół Słońca. A my udowadniamy właśnie, że życie istnieje gdzieś w kosmosie. 

 

– A czy to nie skończy się jak z tym marsjańskim meteorytem – dodał Masterek, nasz geolog – Co wiesz pan. To była historia taka, że tam się ameb dopatrzyli i nie wiadomo czego. A potem to miały być jakieś bakterie w skali nano-. Co wielkość organelli komórkowych. 

 

– ALH 84001 – nadawał dalej Rościkowski – to zdecydowanie, co innego, to nie ten nieszczęsny meteoryt. Wtedy to było najgorsze, że Clinton się pośpieszył. Znam całą historię. Słuchaj… ja nawet jeździłem dawać wykład w Los Angeles na zaproszenie nikogo innego jak Schopf – wymienił jednego z głównych specjalistów od początków życia na Ziemi - Czołowego sceptyka w tamtej sprawie. Teraz z Gór Piłsudskiego przywlekliśmy coś zdecydowanie ciekawszego – później kontynuował – A Martusia to gdzie się podziała. Ona to powinna zobaczyć.  

 

Tak. Naszą mikrobiolożkę wcięło – pomyślałem sobie. 

 

– To prawdopodobnie największe odkrycie w historii ludzkości – mówił Rościkowski – Musimy to obejrzeć i nadać jak najszybciej oficjalny komunikat. 

 

Rozglądałem się po bazie. Nord – nasz lekarz – oczywiście zajął się sprzątaniem. Jego męczyły naukowe dyskusje; czasem się śmialiśmy, że jemu po posesji przeszedłby dinozaur i dziwiłby się tylko podeptanemu trawnikowi. A dlaczego Nord? To niemiecko brzmiące przezwisko wzięło się od jego żelaznej dyscypliny, jaką – ja czy Marta – nazwaliśmy esesmańską. Zagorzali dysputanci pokroju Masterka czy Rościkowskiego również się temu dziwili, że jak tak można żyć. No i powstało przezwisko Nord. Sam zainteresowany nie wyrażał żadnych sprzeciwów, toteż miano pozostało. 

 

– No a gdzie ta Marta? – pytał się Rościkowski 

 

– No panie drogi – rzekłem – pewnie na polowaniu na mikroby. 

 

– Nonsens. I co ona potem będzie z tymi mikrobami robić? Nawet wszystkich nie wysieje i nie rozmnoży. 

 

– Teraz to są inne techniki. 

 

– No i co? Ja uczestniczyłem w dyskusji z nie byle kim. Czołówka egzobiologii… wiem i wiem, co chcesz powiedzieć. 

 

Tak. Nie można mu było zrobić wykładu o metagenomice, sekwencjonowaniu genomów bakterii ze środowiska, on już o tym wcześniej słyszał. Rościkowski wykazywał wielką orientację w dziedzinach pozornie odległych od jego zainteresowań. Sam się zastanawiałem nieraz, ile on czasu, siedząc w Warszawie na tym swoim instytucie poświęca czasu na czytanie. 

 

Przybyła Marta. Obróciła wzrokiem po nas wszystkich, stojących w mesie. 

 

– A ty to gdzie się zaszyłaś młoda damo? – pytał się jej. 

 

– W terenie. No a gdzie tutaj można chodzić. 

 

– To ja ci powiem… Wczoraj rozebrałem meteoryt, co żeście wczoraj przynieśli z Gór Piłsudskiego. On niby przypomina taki chondryt węglisty. Masterek go tak początkowo oceniał, ale nie. A w środku… wzięliśmy na skrawarkę i zrobiliśmy płytki cienkie. Tam wyglądało coś jak takie długie, rozciągnięte komórki bakteryjne. Mnie to przypominało Actinomycetes. Takie bakterie glebowe. 

 

– Nie kupuję tego. Musisz to pokazać. 

 

– Ale słuchaj dalej… 

 

– Zauważyłem, że to wcale nie jest skamieniałe. To coś… po prostu żyło. 

 

– To jakby to przeżyło – mówiła dalej Marta – Przecież po czterystu tysiącach lat materiał biologiczny powinien ulec samorzutnemu rozpadowi do mieszaniny aminokwasów. Tak nawet geolodzy… w sumie to pańska działka… datują osady czwartorzędowe. Był swego czasu szereg doniesień, że znajdowali w bursztynach, w pokładach soli spory bakterii. Że jakiś Bacillus, no takie coś w stylu pałeczek wąglika. To były kontaminacje. Nawet coś tak odpornego nie przeżyłoby tyle w takich warunkach. 

 

– Zatem musisz to zobaczyć. 

 

– Żeby to nie było jak ten plankton na szybie rosyjskiej stacji kosmicznej. Kolejna wielka ściema. 

Udaliśmy się do laboratorium analiz, gdzie był rozstawiony mikroskop. Stosunkowo niewielki meteoryt stał już w szczelnym pojemniku przygotowany do późniejszych analiz. Marta przysiadła i oglądała skrojony fragment kosmicznej skały. 

 

– Ej… to rzeczywiście. To żyje. Ja nie mogę! I na bank to nie przeszło z gleby. To jak to się stało? 

 

– My liczyliśmy na Europę, Enceladusa… - Rościkowski zaczął, praktycznie pozbawiony ekspresji – Zapomnieliśmy jednak o materii międzygwiezdnej. 

 

– Masz pomysł, skąd to mogło przylecieć. 

 

– Na marsjański to nie wygląda. To też nie jest pas Ooorta, między Marsem a Jowiszem. To musiało być z pasa Kuipera, jak nie jeszcze dalej. 

 

– Ale to popatrz. To jest jakby jakieś bardziej ruchliwe, jakby wysuwało wypustkę. Actinomycetes to normalnie są zupełnie nieruchliwe. To coś, co można pomylić z pleśnią. Mogą takie żółte albo czerwone wyrosnąć. Trzeba zbadać, czy to oddziałuje z ziemskimi organizmami. Gdzie Nord trzymał jakieś linie komórkowe… no te mysie… albo chociaż nowotworowe, komórki HeLa? 

 

– A myślałem, że wiesz. 

 

– No wiesz. On tak to wszystko poupycha, ma jakieś dziwne sposoby. Gorszy w tym porządkowaniu i sprzątaniu niż moja matka. 

 

Wszyscy zaczęli się śmiać. Najwyżej towarzystwo ludzi nauki – wszyscy, bez wyjątku – przerobili pedantyczne matki.

 

Zaczęliśmy się rozglądać po naszym laboratorium aż znaleźliśmy. Akurat trafiły się komórki HeLa. Przybiegł wówczas Nord, jakby podświadomie wyczuwał. 

 

– Co wy z tym robicie. Ja miałem badać, jak się zachowują komórki pod wpływem zmiany fotoperiodu… tfu, w czasie dnia polarnego. A wy co… Ja miałem na to grant. 

 

– Jeszcze masz te komórki i zdążysz do tej swojej Łodzi powysyłać próbki. Tu mamy mikroby z kosmosu. 

 

– Bzdury. Na rozumy się z tym… jak mu tam… Hoyle… pozamienialiście. On gadał, że są mikroby z kosmosu, one wpływają na ewolucję. Jeszcze był ten drugi ze Sri Lanki, kompletny świr. 

 

– Ale my to mamy – powiedział Rościkowski – a ty, Nord, to zdaje się, dorosłeś do robienia nauki, a nie do jej uprawiania. Tak jak niektórzy dorastają do robienia muzyki i później mamy to dyskotekowe bagno, ale nie dorastają do tworzenia… no i dlatego nie mamy nowego Pink Floyd czy King Crimson. 

 

Nord tylko się zmarszczył. 

 

– Kosmiczne mikroby. Chyba nie powiecie mi, że jakieś science-fiction rozgrywa się na moich oczach. 

 

– Właśnie tak się dzieje, Nord – rzekłem.

 

– E… ale za to mi nie płacą. 

 

– Zapłacą ci za to, że jesteś świadkiem historii nauki – Rościkowski dalej rozmawiał – poczuj się jakbyś z młodym Darwinem podróżował na okręcie Beagle. 

 

Nord odszedł, mrucząc tylko coś pod nosem. Marta w tym czasie wysiała fragment meteorytu na komórki. Zobaczymy, co się stanie. Później zaczęła rozsiewać to na szalki Petriego i zamknęła możliwie szczelnie. 

 

– No i po robocie. Jutro się przekonamy. 

 

 

 

 

Dzień polarny należał do ciężkich przeżyć. Kiedy tu przyjechałem, pierwsze dwie doby nie spałem. Później przysypiałem na łodzi, jak zmierzałem w stronę kolonii alk. Dopiero, kiedy mało nie spadłem ze skalnej półki, przyzwyczaiłem się do tego długiego, niekończącego się dnia. Spałem później już jak dziecko, choć krócej niż na naszej szerokości geograficznej. Tym razem nie mogłem. Rościkowski kręcił się jeszcze po laboratorium i oglądał. Słyszałem, że dzwonił do kogoś z telefonu satelitarnego. Umawiał kolejny wykład… coś o Wrocławiu słyszałem. 

 

My jakoś nie mogliśmy zmrużyć oczu. Staliśmy przed bazą i obserwowaliśmy ruch chmur na niebie. 

 

– W życiu nie sądziłam, że będę świadkiem takiego wydarzenia – mówiła Marta. 

 

– A co ja mam powiedzieć? Ja przyjechałem tu liczyć alki. Nurzyki, nurce, alczyki. A tu czasem całkiem poboczna historia… no i znaleźliśmy na lodowcu kawałek kosmicznej skały. 

 

– Co ciekawe, to żyje. Chociaż… sama nie wiem. Może to rzeczywiście leżało na śniegu i wyrosły tam jakieś promieniowce. No te Actinomycetes. Chociaż zapachu takiego glebowego nie miało… ale z drugiej strony mało tego tam było. 

 

– Może to kontaminacja. Przecież sama wiesz, że takie historie się zdarzały. Byli już tacy, co twierdzili, że w kosmicznych meteorytach znajdowali bakterie. A to okazywało się… że już sobie trochę poleżał na powietrzu. Czy też te rzekome skamieniałości. 

 

– Tak. ALH 84001. Zwykłe twory mineralne. Byśmy pogadali, o czymś przyjemniejszym. Jak wrócisz z tego Spitsbergenu to co będziesz robić. 

 

– Pewnie dalej męczyć ptaki. 

 

Z Martą udało nam się zbliżyć. Rościkowski był szalenie niedostępny, taki geniusz typu Frankensteina. Masterek czy Nord nie dawali się do dłuższej dyskusji. Natomiast ona… jeszcze była zupełnie w sam raz. No i tak przegadaliśmy całe godziny wieczorne i nocne o różnych planach. W końcu po kilkunastu godzinach pracy padliśmy. 

 

 

 

 

Usłyszeliśmy krzyki. Rościkowski wydzierał się na tyle, na ile pozwalała mu moc aparatu głosu. Początkowo wydawał dźwięki nieartykułowane. Pobiegł do niego Nord, a później Masterek. Musiał ich nieco poturbować, skoro jeden mieli ślady jego pięści na twarzy. Poszliśmy do laboratorium. Rościkowski siedział związany liną i jakby coś majaczył. 

 

– Spokojnie – powiedział Masterek – Nord już mu pobrał krew. Zaraz będzie oglądać rozmazy. 

 

– A temu co odbiło… 

 

– Nie wiem – mówił Masterek – w Turynie Nietzsche zaczął gadać z koniem. To może i Rościkowskiego dorwało takie szaleństwo. 

 

– Jakie szaleństwo! – rzekł nagle Rościkowski – Wy nie wiecie… - a później zmienił głos i zaczął się sardonicznie śmiać. 

 

Oczy Rościkowskiego stały się, jakby martwe i szkliste. 

 

– Wy jako rasa ludzka – usłyszeliśmy jego głos – jesteście śmiesznie mali. Wam się tylko wydaje, że jesteście w centrum. A tak naprawdę jesteście na zupełnym uboczu. Nie mniej wasz świat jest całkiem interesujący. 

 

– Co też on gada… - Marta szepnęła. 

 

– Lepiej słuchaj. 

 

– Przybyliśmy tu wiele tysięcy lat temu. Zdążyliśmy się wam przyjrzeć, jak ganialiście jeszcze z dzidami. I nie sądziliśmy, że tak daleko zajdziecie. Wysłaliście kiedyś sygnał i my go odebraliśmy. Myśleliście, że wysyłacie w próżnię. Nie… jakbyście nie rozumieli prawideł organicznej ewolucji. Dziwnym trafem to drapieżniki wytworzyły ewolucję. Co… oczekiwaliście… jakichś mędrców. W tym świecie… 

 

Nagle mowa Rościkowskiego stała się zupełnie bełkotliwa. Jakby zaczął przemawiać dziwnym językiem, aż w końcu zaczął znowu bełkotać. 

 

– Cthulhu phtagn – aż musiałem to wykpić – czy on zwariował? 

 

– Nie wiem – Nord krzyknął z sąsiedniego pomieszczenia – może on doznał dysocjacji osobowości. A może, rzeczywiście, jak Nietzche zwyczajnie zgłupiał. 

 

– Z braku kobiety pewnie – powiedział Masterek – no jaka żona jest taka jest. A tobie młody – spojrzał na mnie i na Martę – to też pewne rzeczy radzę. A przynajmniej wziąć pod rozwagę. 

 

– Nord – zmieniałem temat – ma on jakieś mikroby we krwi. 

 

– Oznak bakteriemii nie zdradza. 

 

– A możesz po ludzku? – rzekł Masterek. 

 

– No we krwi nie ma żadnych drobnoustrojów. 

 

– A może mu trzeba punkcję lędźwiową zrobić? Żeby pobrać płyn mózgowo-rdzeniowy – rzuciła Marta. 

 

– Kobieto. Ja jestem normalnie hematologiem i internistą, a nie neurochirurgiem. 

 

– Ach, jak daleko zaszła ta specjalizacja… – szepnąłem i doszło to do uszu Norda. 

 

– Nie kpij pan sobie ze mnie. Ja nie chcę trafić pod sąd – mówił – A poza tym, co wy myślicie. Że go serio coś opętało. Z kosmosu. 

 

– Sami nie wiemy. 

 

Rościkowskiemu wrócił w pewnym momencie normalny wzrok i spuścił głowę. 

 

– No pięknie… - rzekł – gadałem wczoraj i we Wrocławiu nie chcieli mojego wykładu. A ty Masterek – mówił do niego – to, co myślisz, że ja kobiety nie miałem. Mieszkała niedawno taka u mnie, taka młoda poetka. Tylko że jej rodzina nie chciała, żeby się zadawała z takim starym dziwakiem. Popatrz, tropiciel życia w innych światach był dla tych prostaków… zwykłym dziwakiem. 

 

– Czego my się dowiadujemy… - rzuciła Marta. 

 

– Moje życie dobiega końca, a ledwo się zaczęło – nagle powiedział Rościkowski, a nagle jego wzrok stał się znowu martwy, rozległy się frazy, jakby jakiegoś nieznanego języka. 

 

– Czyżby znowu Cthulhu pthagn! – rzekłem. 

 

Rościkowskim jakby wstrząsnął atak padaczki. Spadł ze stołka, a całe jego ciało rozrywane przez drgawki. 

 

–Nord. Zrób coś! – krzyknąłem do niego. 

 

– A co ja mogę… 

 

Nord rzucił się na niego, próbował zabezpieczyć spienione usta i chwycić go jakoś za fioletową facjatę. Nagle jego wcześniej rzucane na wszystkie strony ciało zesztywniało. Nord sprawdzał oznaki życiowe. 

 

– Nie żyje. Zimny. 

 

– No pięknie… jeszcze trupa tutaj mamy – powiedział Masterek – co my powiemy w centrali. 

 

– Na moje to Rościkowski zataił choroby przewlekłe. Że był epileptykiem na przykład. 

 

– Wiecie co panowie – szukałem podsumowanie – wszyscy nic o nim nie wiedzieliśmy. Wezwijmy lepiej Norwegów i niech zrobią autopsję. 

 

Marta postanowiła sprawdzić w tym czasie komórki zainfekowane bakteriami. Na szalkach jeszcze nie zaczęły rosnąć… pod nosem komentowała… jakby nie było tam odpowiedniej pożywki… jakby się zachowywały jak bakterie chorobotwórcze.

 

– Ej – rzekła – te promieniowce z kosmosu, one jakby zmieniły te komórki rakowe. No tak jak Agrobacterium tumefaciens modyfikuje komórki roślinne. 

 

– Wiem. Potem takie guzy się robią. 

 

– I chyba one wcale nie miało tego materiału genetycznego wstrzykują.  

 

– I chyba mam pomysł powiedziałem. Może to zabrzmi jak żart, ale czy nasi kosmici nie mogliby nas albo wytruć jakąś bronią biologiczną, albo sami się eksportować. Widzieliście Rościkowskiego. 

 

– Panu to już rozum odjęło – rzekł Nord – wy wszyscy wariaci. Cała stacja, a nawet ci Norwedzy. 

 

– Za dużo Prometeusza i innych tego typu filmów. Co to, że mamy istoty… i jeszcze jakieś nadistoty – rzekł Masterek. 

 

– Ja się zaczynam bać. Czy to szaleństwo, czy skrywana epilepsja, czy pełzający najazd kosmitów?  

 

 

 

 

Nord zawiadomił norweskie służby. Ciało Rościkowskiego miało zostać zabrane aż do Tromso na sekcję. Czekaliśmy na ich przybycie. Patrzyliśmy się na siebie w milczeniu. I sami nie wiedzieliśmy: czy Rościkowski był miał padaczkę.  Musiał to ukrywać, inaczej miałby problem z karierą w niektórych dziedzinach. A może niczym Nietzsche w Turynie… zwyczajnie zwariował? Czy rzeczywiście te niecne mikroby z kosmosu służą jako wehikuł dla nadistot?

 

Widzieliśmy już na niebie w oddali sylwetkę wojskowego samolotu transportowego. Schodził w Longbyerbyen. 

 

– No i co teraz? – powiedziała Marta. 

 

– Nie wiem. Chyba pozostaje się nam cieszyć życiem, a raczej tym, co z tego życia zostało. 

 

– Tak. Zanim po nas przyjdą nadistoty…    


K O N I E C

 


 

Konkurs literacki Uranii Nowe Dzienniki Gwiazdowe

Nowe Dzienniki Gwiazdowe

 

Jesteś fanem fantastyki naukowej? A może próbujesz sił w pisaniu literatury science-fiction? Zapraszamy do przysyłania prac na konkurs literacki Uranii Nowe Dzienniki Gwiazdowe.

 

Aby dowiedzieć się więcej o konkursie Nowe Dzienniki Gwiazdowe, wejdź tutaj.